Wrażenia po pierwszym historycznym starcie w WPP - I eliminacja 30-31.05.2009

Od czego tu zacząć... tyle do opisywania ;) no to może od  początku...

Miłość do rajdów (tak, rajdów, nie wyścigów) zaszczepił we mnie wuj, Stefan Knast, zabierając mnie od kiedy byłem dzieckiem na kolejne edycje Rajdu Polski. Sam startował wcześniej w wyścigach, jeszcze  Fiatem 125p zdobywając liczne tytuły. Naturalna więc chęć startu w KJS-ach, doprowadziła mnie pewnego pięknego dnia do Youngtimer Party, czyli imprezy rajdowo-wyścigowej dla autek liczących już sobie co najmniej kilkanaście wiosenek, a takie właśnie było moje Audi Quattro... Pierwszy start na Torze, pierwsze emocje przy wyprzedzaniu, pierwszy raz wbita czwórka ;) oj długo by opisywać, co zresztą już uczyniłem na www.naszerajdy.pl, ale... tego dnia postanowiłem - chcę startować w wyścigach...

Idea taniego ścigania już od jakiegoś czasu pojawiała się to tu, to tam, by wreszcie ujrzeć światło dzienne na początku tego roku. Oczywiście opublikowany regulamin odbił się skowytem i płaczem wśród zainteresowanych, kiedy okazało się, że właściwie to trzeba być przygotowanym do tego „amatorskiego” ścigania, jak do Wyścigowych Samochodowych Mistrzostw Polski… jak się jednak okazało – nie taki diabeł straszny…

Z pękniętym sercem sprzedałem audinkę, aby zaopatrzyć się w Seicento przygotowane przez Krzyśka Mencla – zupełnie inne auto niż Quattro, dalekie od mych marzeń… a jednak zbliżające mnie do nich… klatka, kubły, pasy czteropunktowe – czego więcej chcieć… ścigania!

Termin pierwszej eliminacji zbliżał się wielkimi krokami, a ja tor znałem tylko z niedawno odbytego kursu na licencję BC… Pierwszy trening – dzięki  pomocy Bartka „Kubicy” Kubickiego, w jakiś sposób udało mi się trafiać w czarne, choć czasy okrążeń były oczywiście komiczne… Kolejny trening, kolejne testy, kolejne łamanie barier psychicznych – jak wejść w zakręt na dokręconej czwórce nie hamując – ba, nie puszczając nogi z gazu – ze łzami w oczach, wiedząc że każde zawahanie może skończyć się przytuleniem do bandy, pokonywałem kolejne zakręty słysząc ciągle gdzieś w głowie porady Krzyśka i Bartka… udało się – auto całe – za tydzień pierwsza eliminacja…

Tydzień minął szybciej niż się spodziewałem, niestety w moim bezawaryjnym autku padła skrzynia biegów na 2 dni przed eliminacją – na szczęście niezawodny Krzysiek pospieszył z pomocą i na piątkowy trening auto było gotowe (3 czwartkowe treningi  ominęły mnie z powodów służbowych…)

Pierwsze kwalifikacje… wyjazd z boksów (no dobra, trochę za dużo powiedziane), obok w parku maszyn auta startujące w WSMP – Porsche, Audi, Ferrari, całe stado Kijanek… przejazd przez depo, uwaga na ciągłą linię – widziałem przecież komunikaty mówiące o karach nałożonych za jej przekroczenie, wycieraczki na pełnej prędkości, z nieba ulewa, na szczęście na felgach opony które można nazwać deszczowymi i to tylko dzięki Kubickiemu, który pożyczył mi swoje, a sam pojechał na zdartych, bo jak sam mówi – trzeba sobie pomagać… próbuje się utrzymać za Krzyśkiem Menclem, po 2 zakrętach już mogę tylko jechać po jego śladach, które po kilku chwilach przestają być widoczne… opony „kleją” niesamowicie, choć ja sam nadal nie mam zaufania do przyczepności i na szybkich zakrętach odpuszczam… zbliżam się do ostatniego zakrętu, widzę na poboczu pomarańczowego fiata Bartka Gradowskiego – chyba się nie zmieścił, auto wylądowało na boku… odpuszczam jeszcze bardziej – po chwili pojawiają się czerwone flagi – kwalifikacje przerwane – wracamy do depo, aby po kilku minutach wrócić do rywalizacji o miejsca startowe – najlepszy czas zrobiłem podczas pierwszego okrążenia – deszcz pada coraz mocniej, nie ma szans na poprawę – odpuszczam i godzę się z myślą, że startuje z przedostatniego pola… Przemoczeni ale szczęśliwi wracamy do domów – jutro wielki dzień…

Niedzielny poranek rozjaśniły promienie nadziei (skąd mi się biorą te teksty…) – na suchym nie umiem jeździć, ale na mokrym to już jestem kompletna noga, więc bezdeszczowa pogoda to coś na co czekam, tym bardziej, że nasze „boksy” nie mają zadaszenia… ze spokojem zmieniam koła – za chwile Warm-Up, czyli po naszemu rozgrzewka ;) szybko dowiedziałem się po co właściwie coś takiego uwzględnia się w harmonogramie – niedawno szorstkowane dębice vivo, kompletnie nie trzymają – to sygnał, że trzeba coś zrobić z ciśnieniami… oby podczas wyścigu wszystko było ok… wracamy do parku…

Ostatnie chwile przed wyścigiem, kilka porad doświadczonych kolegów, otucha ze strony najbliższych… kask na głowę – za 15 minut startujemy…

Przejazd przez depo, objazd toru, ustawienie na polach przedstartowych, wszystko zgodnie z planem. Pojawiają się kolejne tablice odliczające czas do startu 5 minut, 3, 1, 30 sekund, adrenalina powoli przejmuje kontrole nad organizmem… zielona flaga - spokojnie, to tylko okrążenie rozgrzewające… konkurencja grzeje sliki, ja staram się nagrzać opony, aby podniosło się w nich ciśnienie, choć wiem że niewiele to zmieni… ustawiamy się na swoich miejscach, ryk silników coraz wyraźniejszy, zapala się czerwone światło, po chwili gaśnie – wszystko inne przestaje mieć znaczenie – ruszyliśmy! Pełen gaz, czekam aż wyprzedzi mnie mocniejsze auto Bartka Gradowskiego, nie chce przepychanek na pierwszym zakręcie, w końcu widzę go koło siebie, Kubicki jedzie po zewnętrznej – skoro on tak robi, to ja też, na chwile odzyskuje swoje miejsce, aby za kilka sekund je stracić – ok., wszystko już jest poukładane myślę sobie – zaraz wszyscy odjadą i spokojnie w samotności pojadę sobie do mety… mijają okrążenia, nie mam tak ogromnej straty jak myślałem, nawet mogę utrzymać się za pomarańczowym fiacikiem rywala – ok., pierwsze emocje minęły, podejmuję rękawicę – widzę że mam szanse, kiedy rozbłyskują światła stop na dębach i na zakręcie przed prostą startową, wiem że tam mogę zyskać – cisnę, na prostej jadę w tunelu kilka metrów za Bartkiem, gdzieś tam daleko przed nami trwa zacięta walka o miejsca na podium, ja mam tutaj swoją walkę, choć wiem że niczego nie zyskam – tylko w naszej klasie jedzie więcej zawodników niż jest miejsc na podium – trudno – ktoś musi przegrać – taki jest sport – choć przez chwilę widzę szanse na wyprzedzenie Bartka, zdaję sobie sprawę, że przecież zgłosił się w klasie open – walczę więc o złote kalesony, ale nie odpuszczam. Opóźniam hamowanie na "babajadze" – wychodzę przed niego – na chwilę, tracę prowadzenie znowu, kolejne zakręty, kolejny atak, znowu jestem z przodu, widzę w lusterkach jak blisko jedzie konkurent – co robić – blokowanie nie jest w moim stylu – znowu tracę prowadzenie… Nagle błąd rywala – jestem przed nim, walka trwa, widzę niebieskie flagi – bez spoglądania w lusterko wiem, że zbliża się do nas ludojad – wielki biały rekin Krzyśka Hellwiga, choć obiecał nie dublować nas podczas wyścigu – trudno, myślę sobie – wyścig skróci się dla nas do 9 okrążeń z tego powodu, zjeżdżam aby go przepuścić – nagle huk, Bartek nie zrozumiał mojego manewru, nie widział niebieskich flag, uderzył mnie w bok, nic poważnego się nie stało, ludojad Helwiga już nas pożarł i w tej samej chwili zniknął gdzieś daleko – we mnie wybucha sportowa zawziętość i agresja – redukcja – gonię go… tylko kogo… nikogo już tu nie ma… trochę czystego toru przede mną, pobijam swój rekord, zbliżam się do Gradowskiego, pada kolejny rekord, popełnia kolejne błędy, ostatni zakręt, ostatnia prosta, już widać szachownicę, wyskakuję z tunelu – za późno – metę mijam 0,183 sekundy za Bartkiem… ech… ale i tak było pięknie… ;) zjazd na BK, przeprosiny za uszkodzoną blachę – nic się nie stało – odwdzięczę się następnym razem ;)

Dekoracja zwycięzców – nie jestem jedynym pechowcem – bez pucharu pozostał także Paweł Borys, który odpadł z rywalizacji na drugim okrążeniu…

Piękny weekend – już czekam na kolejną eliminację i cieszę się, że naszym startem zmotywowaliśmy kolejnych chętnych – oby nie skończyło się na gadaniu ;)

Szkoda że tak mało mówi się o Pucharze w mediach, przecież bez tego "wyścigowego przedszkola" trudno o pojawienie się kolejnego Kubicy,  chociaż tu akurat mogę się mylić… ;)

Wyniki wyścigu

Galerie

On-board

Ogromne podziękowania chciałbym złożyć wszystkim, którzy mi pomagali w tym debiucie - zwłaszcza konkurentom, a więc Krzyśkowi Menclowi, Bartkowi Kubickiemu, Piotrkowi Gembickiemu i jego serwisantom, że nie wspomnę o innych osobach, bez których ten weekend nie byłby tak piękny - skoro użyłem tego słowa - dziękuję także mojej Oleńce, która w największej ulewie robiła filmy, zdjęcia i do tego mierzyła czas , a nawet zmieniała koła ;) DZIĘKUJĘ!!